36. Motywacje / ENG: MOTIVATIONS

Ultrasy to dość zróżnicowane środowisko gdzie spotkasz sportowców, byłych sportowców, artystów biegających na czuja, nie brakuje takich, którzy wloką ze sobą mocną historię z własnego życia, albo uciekających przez mrokiem alkoholu, dragów czy komputerów. Przybywają, by odnaleźć się w ciszy, przyrodzie, w przestrzeni gdzie jeszcze nie zawitał świat wielkiej komercji, popcornu i plastikowej codzienności. Szukają największych wyzwań i rywali, których darzy się najwyższym szacunkiem, wiedząc czego musieli dokonać, by stanąć na starcie. Przy piłkarzach to hipisi – jajcarze, jak Dean Karnazes, który w szczycie formy wyruszał dzień wcześniej biegiem na start maratonu oddalonego o 150km, odpoczywał godzinkę i pokonywał 42km w 3godziny 15minut.

Anton Krupicka - pierwszy maraton w wieku 12 lat; startuje w ultra bez wsparcia techniki - zero GPS-ów, minimalistyczny strój, rzadko buty; filozof, geolog, geograf.
Anton Krupicka – pierwszy maraton w wieku 12 lat; startuje w ultra bez wsparcia techniki – zero GPS-ów, minimalistyczny strój, rzadko buty; filozof, geolog, geograf. Źródło :  www.ultrarunning.pl

Ultrasy zwykli być zgodni co do tego, że pierwszą część dystansu biegniesz nogami, drugą zaś głową. Bez motywacji, nie wyjdziesz na kolejne samotne treningi, nie przejdziesz przez pierwsze niepowodzenia, w końcu nie będziesz miał szans z kolejną falą bólu, która pojawi się na trasie wyścigu. Tak jak w pierwszych przypadkach pomoże muzyka, trener, kolega, tak w czasie próby trzeba sięgnąć znacznie głębiej. Wizualizacja sytuacji i osób, którym chcemy pomóc jest niezwykle skuteczna, zmienia proporcje i perspektywę widzenia naszego chwilowego problemu, poza tym nie chcesz właśnie ich zawieść – nawet jeśli się o tym nigdy nie dowiedzą, albo po prostu nie zdadzą sobie z tego sprawy. W sytuacji kryzysowej pomoże pamięć o bohaterach gór, biegunów polarnych i biegów ultra o ile będziesz w stanie coś pamiętać.

Czytając książkę Deana Karnazesa – ‘Ultramaratończyk’ znalazłem cytat, który autor umieścił w rozdziale poświęconym biegowi w Dolinie Śmierci – Badwater 217 km- który jest uznawany za jeden z najtrudniejszych biegów na świecie ze względu na niezwykle wysoką temperaturę (ok. 50stC) i przewyższenia. Zawodnicy starują z poziomu -86m poniżej poziomu morza a kończą powyżej Rysów (2500) – na Mount Whitney (2548mnpm).

Dean - Badwater źródło: http://livingtherun.com
Dean – Badwater źródło: http://livingtherun.com

Dean stracił przytomność i został zniesiony gdzieś w połowie trasy, co bardzo przeżywał, szczególnie dręczyło go to, że zawiódł tak wiele osób, które na niego liczyły, i które go wspierały. Długo mielił w sobie poczucie porażki, które darło jego sportowy honor i deptało poczucie wartości. Te chwile, jak później wspomina, były niezwykle potrzebne do zrobienia kolejnego kroku w karierze. Badwater pomogło Deanowi odczytać moment, w którym trzeba się cofnąć, by móc iść dalej. Kilka lat później wygrał ten bieg i to dwa razy (27g22min.), tuż po nim dwukrotnie królował Scott Jurek (24g26min.). Najlepszy w historii Brazylijczyk Valimir Nunes wykręcił 22g51min., a w śród kobiet Jamie Donaldson wygrywała z większością mężczyzn wyjątkowym czasem 26g16min. – uuff.

Scott Jurek - schładzany w wannie z lodem - na trasie Badwater
Scott Jurek na trasie Badwater (217 km w Dolinie Śmierci) schładzany w przenośnej wannie (woda + trochę lodu)

Zabieram ten cytat na Rzeźnika, a potem wsadzę do torby laptopa, przyda się na inne wyzwania – Wam też.

Theodore Roosvelt 1910 r. Francja źródło: http://www.theodore-roosevelt.com przekład Piotra Cieślaka z książki pt. Ultramaratończyk Dean Karnazes.

Chwała należy się temu, kto staje w szranki, a twarz jego splamiona jest pyłem, potem i krwią. Temu, kto odważnie stawia czoło; kto gubi się i popełnia błędy, choćby po wielokroć – nie ma bowiem przedsięwzięć bez błędów i błądzenia. Temu, kto stara się sprostać wyzwaniom, kto wie, czym jest wielka pasja i wielkie poświęcenie, kto oddaje się słusznej sprawie, kto w chwilach swych najlepszych triumfuje, zaś w najgorszych – nawet jeśli ponosi klęskę, to dając z siebie wszystko. Takim ludziom nigdy nie po drodze z nieczułymi, bojaźliwymi duszami, które nie zaznały ani smaku zwycięstwa, ani goryczy porażki.  

Tomek


translation Anna Meysztowicz

Ultras (ultramarathon runners) are a pretty diversified circle where you can meet sportsmen, former sportsmen, artists feeling their way along. There is no shortage of those with tough life baggage, or those running away from the dark shadows of alcohol, drugs or computers. They come to discover themselves in silence, nature, in a space where the world of great commercialism, popcorn and plastic reality has not yet reached. They seek the greatest challenges and rivals who deserve the utmost respect knowing what they had to overcome to stand at the starting line. Next to soccer players they are hippies, jokers, like Dean Karnazes who, in peak form, set off a day earlier on foot to a marathon that was starting 150 km away. He rested an hour and covered the 42 km in 3 hrs and 15 minutes.

Ultras are all in agreement as to the fact that the first part of the distance you run with your legs, the rest with your head. Without motivation you will not get out to subsequent lonely training sessions, you will not experience your first failures, and finally you won’t stand a chance against the subsequent wave of pain that appears on the racing route. Just as during the first instances music, a trainer or friend can help, during the time of trial you have to reach much deeper. Visualising people and situations we want to help is incredibly effective, it changes the proportions and perspective of seeing our temporary problem, besides we don’t want to let them down – even if they won’t ever know about it, or are not able to understand. In a crisis situation it helps to think about the heroes of the mountains, the north and south poles, and ultramarathon runners, as long as you are capable of remembering anything at all.

Reading Dean Karnazes’ book – “Ultra-Marathon Man”, I found a quote that the author had included in the chapter dedicated to the run in Death Valley – Badwater 217 km – which is considered to be one of the most difficult runs in the world due to the incredibly high temperature (approx. 50°C) and elevations. Competitors start at -86 m below sea level and end higher than the Rysy Mountains (2,500 m) – on Mount Whitney (2548 m.n.p.m). Dean lost consciousness and was carried off somewhere halfway through the run, which he had a hard time accepting. He was especially worried about having let down so many people who had been counting on him and supported him. It took him a long time to digest the feeling of failure which tore at his sporting honour and stomped on his feelings of self-worth. Those moments, as he recalls later, were incredibly important in enabling him to take the following step in his career. Badwater helped Dean to reconise the moment when you have to take a step back in order to be able to move forward. A few years later he won that run – twice (27 h 22 min), after him Scott Jurek won twice as well (24 h 26 min). The best Brazilian in history, Valimir Nunes, conquered it in 22 h 51 min and, among the women, Jamie Donaldson won against a majority of male runners, with an exceptional time of 26 h 16 min – ufff.

I am taking this quote to the Rzeźnik run, and later I will put it into my laptop bag as it will be useful for other challenges too – for you as well.

“The credit belongs to the man who is actually in the arena, whose face is marred by dust and sweat and blood; who strives valiantly; who errs, who comes short again and again, because there is no effort without error and shortcoming; but who does actually strive to do the deeds; who knows great enthusiasms, the great devotions; who spends himself in a worthy cause; who at the best knows in the end the triumph of high achievement, and who at the worst, if he fails, at least fails while daring greatly, so that his place shall never be with those cold and timid souls who neither know victory nor defeat.”

Theodore Roosvelt – France, 1910. Source: http://www.theodore-roosevelt.com

Tomek

35. Dlaczego to robimy?/ ENG: Why are we doing this?

Najczęściej spotykam się z życzliwością względem projektu, zrozumiałą jest obojętność i stwierdzenie, „to już było”, pewnie krążą i złe fluidy, ale nie nastawiam się na ich odbiór. Dlaczego to robimy? Dlatego, że chcemy pomóc – biegniemy dla nie-sportowców, którzy startują w smutnych zawodach o zdrowie, godne życie, bez publiczności i bez owacji. Zapytasz – a dla siebie? Zapewniam, że łatwiej zrobić i potem się pochwalić, tym bardziej, że nie wytyczamy zimowej drogi na K2, jednocześnie nie mamy żadnej pewności, że się uda. W zeszłym roku, publicznie, podjęliśmy z Andrzejem cholernie trudne wyzwanie, bo długie, monotonne, często bezbarwne – a tylko w drobnej części podobne do zmagań naszych chorych – wyzwanie, z którego trudno się wycofać, choć wątpliwości nie brakowało.

Sopot - wzgórza morenowe i lasy - Wojtek i Andrzej trening zbiegania sobota 8:00
Sopot – wzgórza morenowe – Wojtek i Andrzej trening zbiegania. Sobota 8:00

Jerzy Kobyliński powiedział mi, po pierwszej akcji „IRONMANa”, że wsparł ją ponieważ nie stanąłem po kościołem z czapką, że zaangażowałem się całym sobą i to dosłownie – wiele mi to uświadomiło. Dlatego dzisiaj, we dwójkę, wchodzimy na tego grilla i wiemy, że za chwilę przypiecze obawą porażki – choć to już mamy well done – bólem i cholernym zmęczeniem. Nie mamy żadnej pewności dotarcia na metę, odebrania nagrody jaką ma być satysfakcja. W jedynym biegu ultra w jakim startowałem ukończyło ok. 50% zawodników.

Jerzy Donimirski (członek Związku Polskich Kawalerów Maltańskich) pasjonat historii, powiedział, że droga którą musimy przebyć jest emanacją etosu rycerza, tak bliskiego wartościom Zakonu Maltańskiego – i warto to pokazać. Jakkolwiek brzmi to abstrakcyjnie w XXI wieku, to widzę, że nie etos rycerski jest abstrakcją, ale fakt, że stał się dla społeczeństwa tak odległy, że niewidoczny.

symbolem Polskiej Husarii był krzyż maltański - pojawiał się na chorągwiach i w centralnym miejscu na zbroi. Źródło, m.in.: http://www.hussar.com.pl , http://www.historycy.org
symbolem Polskiej Husarii był krzyż maltański – pojawiał się na chorągwiach i w centralnym miejscu na zbroi. Źródło, m.in.: http://www.hussar.com.pl , http://www.historycy.org

Sięgam po list od Pana Łukasza Hryckiewicza w związku z pierwszą akcją: „Śledzenie Pana bloga, przemyśleń, opisów i zmagań tylko i wyłącznie upewniło mnie, iż zadeklarowałem udział w bardzo słusznej akcji, gdyż znalazł się ktoś, kto zupełnie bezinteresownie wyciął swój znaczny kawałek życia aby zrobić coś, aby pomoc innym, to coś, to nie była kwesta uliczna, do których zawsze podchodziłem z dużym oporem ale włożenie niesamowitego wysiłku fizyczne z ogromną konsekwencją i dlatego też zdecydowałem się wziąć w tym udział…”

5 czerwca nie zrobimy niczego szczególnego – na starcie Rzeźnika stanie kilkuset zawodników, kilkadziesiąt tysięcy przebiega rocznie dystans maratonu. Jednak naszą historią nie jest bieg, czy sport – to opowieść o wielomiesięcznej drodze, którą musimy przejść, by zmierzyć się z czymś co na początku jest poza zasięgiem wyobraźni a przede wszystkim chęci. Dzisiejszy „rycerz” nie walczy z innym – walczy z samym sobą i najczęściej przegrywa.

Tatiana Andrzejewska, napisała po pierwszej akcji Ironman: „Dzięki, że to robicie. Świadomość, że są ludzie …którzy przekraczają swoje różne ograniczenia, wygodnictwo, lenistwo, humor, emocje, przyzwyczajenia, kondycję, by pomóc innym daje wiarę, że wszystko, naprawdę wszystko jest możliwe i że warto żyć, próbować, zmieniać się, rosnąć i rozpoczynać od nowa. Że warto znaleźć w sobie siłę, by zawalczyć o samego siebie i o innych.”

Dobrze, jeśli jest to inspirująca historia, choćby dla jednej osoby a prawdą jest, że robimy to również dlatego, by zmieniać samych siebie. Himalaiści, najlepsze ultrasy, odpowiadając na pytanie „dlaczego”, odpowiadali: bo tam nikogo jeszcze nie było, bo chcę spróbować czy jest to możliwe itd. My tak nie możemy powiedzieć, wchodzimy na drogę rozpoznaną i opowiedzianą. Nie wzbudzimy podziwu jak Dean Karnazes – superultras, który pobiegł charytatywnie 320km non-stop, ścigając się z 12osobowymi sztafetami a 5 lat później, bez przystanku, przebył 563km zbierając fundusze na przeszczepy.

Dean Karanzes po ukończeni 320km - dziecko zostało uratowane. Źródło: www.therelay.com
Dean Karanzes po ukończeni 320km – pieniądze na przeszczep zostały zdobyte a dziecko zostało uratowane. Źródło: www.therelay.com

OK. – tym trudniej jest nam przebić się ze zwykłą opowieścią. Choć nie do końca -:)  właśnie te listy, realne wsparcie akcji pozwalają mi, ilekroć tracę ducha i wolę kontynuowania, postawić kolejny krok. Linia startu w Komańczy przybliża się a jednocześnie ten dzień będzie końcem opisu naszej drogi – chciałem napisać „opowieści o poświęceniu i wyrzeczeniu”, ale robiąc rachunek sumienia naszej drużyny wiem, że byłoby to nadużyciem.

Nie prosimy o pomoc na trasie, musimy to przebiec sami – takie jest zadanie. Prosimy o to byś, w miarę możliwości wspomógł Fundację – każda złotówka się liczy. Jeśli możesz, proszę zachęć innych … odwdzięczamy się prawdziwą historią.

Na dzień dzisiejszy suma Waszych deklaracji powoduje, że 1km wyceniany jest na 513 zł, a do tego mamy 16800 zł bezpośrednich  darowizn. Bardzo dziękujemy!! Tomek


Transaltion Anna Meysztowicz

Generally I am met with goodwill when it comes to the campaign. Indifference and thoughts such as “this has already been done” are understandable, there are is also probably some negative energy circulating around this but I am not open to it. Why are we doing this? Because we want to help – we are running for the non-sportsmen, who are starting in the sad competition for their health, a dignified life, with no audience and no ovations to cheer them on. You may ask – and for you? I can assure you that it is easier to do something and later brag about it, especially as we are not marking out a new route to K2, and at the same time we have no certainty that we will succeed. Last year, Andrzej and I publically undertook a hellishly difficult challenge because it’s a long, monotonous and often colourless challenge – and only very slightly similar to the struggles of our disabled – from which it is difficult to back out, although there were moments of doubt.

Jerzy Kobyliński told me after the first IRONMAN campaign that he supported it because I wasn’t standing outside a church with a hat, because I engaged myself completely and literally – this made me aware of so much. That is why today, together, the two of us are getting on that grill and we know that, in a moment, it will burn our defeats with fear – this we’ve already prepared well done – as well as pain and overwhelming exhaustion. We have absolutely no certainty of reaching the finishing line and collecting the prize of satisfaction – in one ultramarathon I participated in, only ~ 50% of the runners finished.

Jerzy Donimirski (a member of the Polish Knights of Malta Association) who is passionate about history, said that the road we must travel is the emanation of the ethic of a knight, so close to the values of the Order of Malta – and it is worth demonstrating this. However abstract this may sound in the 21st century, I see that it is not knightly ethic that is abstract but the fact that it has become so distant, invisible in fact, to society. I am reaching for the letter from Mr Łukasz Hryckiewicz regarding my first campaign: “Following your blog along with your thoughts, descriptions and efforts only made me more certain that I chose to join a very righteous project, started by someone who, not hoping for any benefits for himself, cut out significant sections of his life in order to do something to help others. This ‘something’ was not just ordinary fundraising in the streets – which is something I have always been skeptical of – but investing an immense physical effort with great consequence, and this is why I decided to join in.”

On 5 June we won’t be doing anything extraordinary – several hundred runners will start in the Rzeźnik run, tens of thousands run distance of marathon every year. Yet our story is not the run or sport – this is the story of a several-month road that we must travel to face something that initially is beyond the reach of our imagination and, above all, desire. Today’s “knight” doesn’t fight with another – he fights with himself and generally loses.

Tatiana Andrzejewska wrote after the first Ironman campaign: “Thank you for doing this. Knowing that there are people who care about others and who overcome their limitations, their laziness, their moods and emotions, their habits and shape in order to help others, gives me faith that anything, and I mean truly anything, is possible, and that it is worth to live, to try, to change, to grow and to start over again. That it’s worth it to find the strength inside to fight for oneself and for others.”

It’s a good thing if this story inspires at least one person and the truth is that we area also doing it to change ourselves. Himalayan mountain climbers, the best ultras, answering the question of “why?” would say: because no one else has been there, because I want to test if it’s possible, etc. We cannot say that, we are on a well-known and well-told road. We won’t arouse wonder like Dean Karnazes – the superultra, who ran 320 km non-stop for charity, racing against 12-person relay teams and, five years later, ran 563 km without stopping to collect funds for transplants.  OK – it’s even hard for us to win with our story, although not entirely J These letters, true support for the campaign, enable me – whenever I start losing the spirit and the will to continue – to keep putting one foot in front of the other. The starting line in Komańcza is drawing near and simultaneously that day will be the end of the description of our journey – I wanted to write “the story of our sacrifice”, but examining our conscience I know that this would be abuse of the term.

We are not asking for your help along the route, we have to run this distance ourselves – that is our task. We are asking you to support the Foundation to your ability – every zloty counts. If you can, please encourage others… we will repay you with our true story.

For today the total of your declarations means that 1 km of our run is valued at 513 zł, and furthermore we have 16800 zł in direct donations. Thank you so much!! Tomek

34. Osada Burego Misia – foto. / ENG: Dun TEDDY bear settlement – foto

W sobotę odwiedziliśmy Osadę/ ENG:  Saturday we visited Settlement.

Info o Osadzie Burego Misia/ ENG: about Dun TEDDY bear  settlement  http://ultramaraton.zakonmaltanski.pl//beneficjenci/osada-burego-misia/

fragment tekstu  / a piece of text

Nie jesteśmy specjalistami w dziedzinie zaspokajania potrzeb społecznych osób niepełnosprawnych. Nie potrafimy realizować zamierzeń rządowych, wytycznych episkopatu, znamy zaś drogę do toalety, umiemy parzyć herbatki, kawki, piec ciastka. Potrafimy stawiać namioty na obozowych terenach Osady Burego Misia i wciąż na nowo uczymy się przeżywać radość obozowego święta. Nauczyliśmy się budować domy, które stają się rodzinnymi na Osadzie Burego Misia dla tych, którzy tracą wsparcie w swoich bliskich. Umiemy uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, aby sensownie wypełnić przestrzeń osadowego życia. Podróżujemy z naszymi przyjaciółmi po świecie. Planujemy i marzymy nie jak instytucja, ale jak człowiek zachwycony swoim życiem. I staramy się, ze wszystkich sił, ani na chwilę nie stracić z oczu swoich twarzy, by wiedzieć jakie barwy, gesty, jaka praca, jaka zabawa, jaki upominek i jaka codzienność – jest prawdziwym podarunkiem przyjaźni. By – choć inni nazywają nas społecznymi działaczami – ani przez chwilę społecznikiem się nie czuć.

translation Anna Meysztowicz

We are not specialists in the field of satisfying the social needs of handicapped people. We don’t know how to carry out government plans or church guidelines but we can find our way to the bathroom, we know how to boil tea, coffee or bake cakes. We are capable of setting up tents in the camping area of the Dun Teddy Bear Settlement and we are constantly relearning to experience the joy of the camp holidays. We have learned to build houses that are becoming family homes in the Dun Teddy Bear Settlement for those who lose support following the death of close loved ones. We know how to cultivate land and breed animals in order to sensibly fill the space of the settlement lifestyle. We travel with our friends around the world. We plan and dream not like an institution but like people thrilled with our lives. And we try, with all our strength, never, not even for a second, to lose sight of our faces, to know how colours, gestures, fun, gifts and our daily existence are a true gift of friendship. So that – even though others call us social activists – we may never, not even for a moment – feel like benefactors.

Mieszkańcy osady/ ENG: villagers  http://www.buremisie.org.pl/Osadnicy/galeria.html

plenerowy kościół - ławy
plenerowy kościół – ławy
miejsce na plenerowe Msze św. wykorzystywane latem podczas turnusów integracyjnych z 200 uczestnikami
miejsce na plenerowe Msze św. wykorzystywane latem podczas turnusów integracyjnych z 200 uczestnikami
w gospodarstwie każdy ma swoje obowiązki
w gospodarstwie każdy ma swoje obowiązki
każdy ma swoją specjalizację
każdy ma swoją specjalizację
egzotyczni podopieczni
i wyzwania w postaci egzotycznych podopiecznych
Bernard wie bardzo dużo o koniach, spędza z nimi jak najwięcej czasu, publikuje artykuły
Bernard – stały mieszkaniec Osady – wie bardzo dużo o koniach, spędza z nimi jak najwięcej czasu, publikuje artykuły
strefa dla letnich obozów - w sumie przewija się przez nie ok. 460 osób rocznie
strefa dla letnich obozów – uczestniczy w nich ok. 460 osób podczas 3 turnusów
obozowisko na lato
obozowisko na lato
kajaki dla niektórych to czasem wyprawa życia
dla wielu  kajaki  to wyprawa życia
spotkanie niepełnosprawnych ze zwierzętami - potrafi odmieniać, bardzo im pomaga
spotkanie niepełnosprawnych z gospodarskim życiem pomaga w rozwoju, potrafi odmieniać
X. Kuba czyli Bury Niedźwiedź - twórca Osady pokazuje Andrzejowi nowe dzieło - kolejny dom, na którego czeka już kolejnych 10 Burych Misiów
X. Kuba czyli Bury Niedźwiedź – twórca Osady pokazuje Andrzejowi nowe dzieło – kolejny dom, na którego czeka 10 -ciu (kolejnych) Burych Misiów
minęło zaledwie 30 dni i dom urósł od ziemi - przyjaciele z sąsiedztwa, wolontariusze pracują popołudniami i weekendami - tempo jest niesamowite
minęło zaledwie 30 dni i dom urósł od ziemi – przyjaciele z sąsiedztwa, wolontariusze pracują popołudniami i weekendami – tempo jest niesamowite
Osada wytwarza produkty regionalne - wędliny, sery, przetwory owocowe i warzywne - i skutecznie je sprzedaje - wszystko jest naturalne
Osada wytwarza produkty regionalne – wędliny, sery, przetwory owocowe i warzywne –  wszystko jest naturalne

 

33. ULTRA – zagrożenia są w nas / ENG: ULTRA – the threats are within us

Po krótkim odpoczynku po maratonie wracamy do treningu, ale już nie „dokładamy do pieca”, tylko podtrzymujemy wypracowane przez te 6 miesięcy wydolność i siłę. Schodzimy z objętości treningowych tak, by złapać lekkość, ochotę do wysiłku – 5 czerwca musimy być o 20 lat młodsi. Z przyjemnością zmniejszam w grafiku ilość km, które mam przebiec w najbliższych 2 tygodniach, z niepokojem patrzę do wnętrza lodówki, w której, na mojej półeczce, znów pojawiły się głównie buraki i zielenina, zrezygnowany nie patrzę w stronę szafki z winami – kierownik Kasia jest radykalna. Po 10 dniach luzu wracam na dietę i popadam w abstynencję. U Andrzeja jest chyba jeszcze gorzej, gdyż jak się widzieliśmy w sobotę, by powspominać maraton i przy winie odważniej pożeglować po naszych marzeniach, Andrzej pozostał na mieliźnie, przyklejony do dzbana zielonej herbaty.

Miało być o zagrożeniach, więc wracam na tory, ale pominę tak oczywiste sprawy jak nieznana pogoda, braki w przygotowaniu, obtarcia, przewiania i inne, bo je znacie.

Zmęczenie po 40km biegu górskiego jest tak silne, że mały kamyk staje się sporą przeszkodą. Biegniemy po mocno nierównym terenie, do tego na początku nocą, zatem typowe skręcenie nogi, ma szanse się przydarzyć przy każdym ze 170 tysięcy uderzeń stopą. Im dalej tym szanse na taką kontuzje wzrastają a w końcówce, czyli 20km przed metą, bieg po nierównościach przypomina rosyjską ruletkę. Zmęczenie króluje, ruchy są intuicyjne, nieprecyzyjne, po prostu czekasz kiedy nastąpi buum. Upadek wygląda tak, jakby starsza osoba potknęła się o drobny kamyczek i po lekkim zachwianiu nie potrafiła utrzymać równowagi, dalej jak w zwolnionym filmie, ciało powoli i bezwładnie wali się na ziemie – wstać też jest bardzo ciężko.

zbieganie z Radziejowej
zbieganie z Radziejowej

W Krynicy, w Biegu 7 Dolin (B7D – 100KM + 4500m różnicy przewyższeń) startowaliśmy o 3:00 rano, ja z lampą czołową na głowie, która miała kulisty snop światła. Czytałem, że lepsze jest rozproszone, trójkątne światło, ale zignorowałem, uznając, że jakoś to będzie. Po mniej więcej 2 godz. biegu z czołówką zacząłem odczuwać mdłości. Z początku miałem żal do śniadania, ale płatki z bananem plus herbata już dawno i prawidłowo zasilały maszynerię. Zmieniałem odległość świecenia, ale widziałem mniej a przez to ślizgałem się na kamieniach, w końcu, gdy pojawił się brzask (zdjęcie tytułowe), zgasiłem latarkę i trudności minęły. Cóż, w ultra wszystko mierzy się inaczej, drobne potknięcie, zła latarka itp. Zagrożeniem jest ignorancja.

światła lamp czołowych
światła lamp czołowych

75% naszej energii idzie na chłodzenie organizmu, reszta na motorykę. W Krynicy byłem ubrany prawidłowo i dość szybko pozbyłem się rękawiczek, czapeczki, później wiatrówki, ale widziałem osoby w zimowych czapkach, kolorowych buffach na szyi, kultowych apaszkach, w których darli długo za długo, z mokrym czołem od pierwszych minut. To nie są dobre wynalazki, miłe ciepełko szybko zamienia się w przegrzanie, które bezpardonowo odbiera siły. Najlepsi startują w krótkich ubraniach, co w nocy, przy niskich temperach, wygląda dziwnie. Kiedy zapytałem Zdzicha Wojtyło jak mam się ubrać na rower podczas Ironmana, (ok. 9:30 było jeszcze dość zimno) powiedział w specyficzny dla siebie sposób – na początku będzie chłodno, ale strój krótki i poczekaj – ciepło buchnie z dużych mięśni jak z martenowskiego pieca. Zagrożeniem jest szukanie własnego komfortu.

na starcie w Krynicy +4stC i różne stroje
na starcie w Krynicy +4stC i różne stroje – mój długi, ale lekki

Podczas zawodów wsparcie zapewniają najczęściej nasi najbliżsi. Przed B7D, pod wpływem literatury, poprosiłem Kasię i Anię (córkę), by nie zadały pytania, czy już mam dość i czy schodzę. Na 66km w Piwnicznej (pomiar czasu, przepak i miejsce spotkania) byłem w tak marnym stanie, że gdyby pojawiła się zachęta, kuszące pytanie wydaje mi się, że bym uległ i zszedł. Poziom zmęczenia, połączonego z odwodnieniem jest tak wysoki, że zaczynamy wyłącznie myśleć o tym, by impreza się zakończyła, nieważne z jakim rezultatem. Zdyscyplinowany team pytania nie zadał a ja podążyłem dalej bijąc się przez kolejne kilometry z myślami „po co?”

DSC_0110
77km Wierchomla – ostatni przepak, z tyłu zdeponowane worki zawodników. Ania entuzjastycznie zawołała: „Tato dasz radę – zostało tylko 23km!” A mnie dręczyło pytanie „PO CO?”

Na 85-tym spotkałem faceta, który stał na ścieżce i przywoływał gestami kogoś, kogo ja w ogóle nie widziałem – któryś z nas musiał mieć halucynacje. Zostawiłem go i zasuwałem dalej radosny, że do końca zostało tylko 15.

według mnie nie było nikogo ...
według mnie nie było nikogo …

RZEŹNIK ma jeden bardzo trudny element, którym jest bieg w 2osobowych drużynach. Choć jesteśmy różni, to w równym tempie będziemy musieli pokonywać poszczególne etapy, czekając na kryzysy, które pojawią się w kompletnie różnych momentach – nic nie będzie optymalne.

Gdy wejdziemy w strefę zmęczenia przed fazą wyczerpania nasza tolerancja spadnie do zera, będziemy musieli zaakceptować, że jesteśmy inni. Łyk wody za mało, czy za dużo będzie problemem, zmysły wyostrzą się poza znane granice – pomarańcza przyciągnie zapachem z kilku metrów, hałaśliwi kibice i nie daj Boże dzieci z wuwuzelami, poranią stadionowymi dźwiękami. Jedynym celem zacznie być przetrwanie i możliwe skuteczne zakończenie biegu. Nasze ja skurczy się do bardzo wąskiego obszaru, do samej esencji kim i czym jesteśmy, bez tego wszystkiego w co nas przeobraziła cywilizacja –:) tego nie możesz doznać w normalnym życiu.

Ale spokojnie, objawy mijają tuż przed metą … a zagrożeniem mogą być zbyt długo przechowywane wspomnienia.


translation Anna Meysztowicz

After a brief respite following the marathon, we are back in training but we are no longer “adding to the woodpile” and just maintaining our capacity and strength that we have built up over these 6 months. We are scaling down the volume of the training so as to catch some lightness and the will to make the effort – on the 5th of June we need to be 20 years younger. I am happily decreasing the number of kilometres in our schedule that I am to run in the next two weeks, I glance nervously into the refrigerator in which, on my shelf, there are chiefly beets and greens. Resigned I try not to look at the wine cabinet – Director Kasia is radical. After ten days’ relaxation I am back on my diet and abstaining from alcohol. I think it’s even worse for Andrzej, since when we met on Saturday to reminisce about the marathon and surf our dreams more bravely with the help of some wine, Andrzej was glued to his pot of green tea.

This was supposed to be about threats so I need to get back on track, but I will avoid the obvious such as unknown weather conditions, insufficient preparation, sores, wind chill, etc. because you already know them.

The exhaustion following a 40 km mountain run is so extensive that a small stone becomes a large hurdle. We run over very rugged terrain, initially also at night, thus a typical twisting of the foot can occur at any of the 170 thousand steps. The further on, the larger the possibility of such an injury and toward the end, i.e. 20 km before the finishing line, the run over uneven terrain is somewhat reminiscent of Russian roulette. Exhaustion reigns, movements are intuitive, imprecise, you are basically waiting for the big boom. The fall looks like an elderly person tripping up over a pebble and, after slightly losing their balance, being unable to stay upright, then, like a slow motion film, the body slowly and inertly collapses to the ground – it is very difficult to get up too.

In Krynica, in the Bieg 7 Dolin/Run of the 7 Valleys (B7D – 100KM + 4500 m elevations) we started off at 3:00 am, myself with a head lamp featuring a spherical beam of light. I read that it is better to have a scattered, triangular light but ignored that information thinking that this would be ok. After less than 2 h of running with the lamp I began feeling nauseous. In the beginning I felt some anger towards my breakfast, but the cereal, banana and tea had long-since and properly been doing their job of powering my machinery. I kept changing the distance of the light but I couldn’t see as well and, because of this, kept sliding on rocks. Finally, when dawn broke, I turned off the light and my problems disappeared. In the Ultramarathon everything measures up differently, a small stumble, the wrong type of lamp, etc. Ignorance is the threat.

75% of our energy goes to cooling the organism, the rest to our motility. I was dressed appropriately in Krynica and I quite quickly got rid of my gloves, hat and later my jacket, but I could see people in winter hats, coloured buffs around their necks, popular bandanas, in which they tore on for too long with sweaty foreheads within the first half hour. Those are not good inventions, pleasant warmth quickly transforms into overheating, which takes away your strength without any mercy. The best of the best start off in short clothing, which looks very strange at night with low temperatures. When I asked Zdzich Wojtyło how to dress for the bike during the Ironman challenge (it was still quite cold at 9:30 am), he answered in his typical manner – it will be cold at the beginning, but wear a short outfit and wait – the heat will burst out of the large muscles like from a hearth. Looking out for your own comfort is a threat.  

During the competition it’s mostly our loved ones who ensure our support. Before the B7D, under the influence of literature, I asked Kasia and Ania (our daughter) not to ask me if I’d had enough and whether I wanted to quit. At the 66th kilometre in Piwniczna (recording of time, repacking and meeting point) I was in such bad condition that if the incentive had appeared, the tempting question, I think I would have given in and given up. The level of exhaustion combined with dehydration is so high that all we can think about is the end of the event without a care for the result. My disciplined team did not ask the question and I ran on fighting through the subsequent kilometres with thoughts along the lines of “why??” running through my head. At the 85th kilometre I met a guy who was standing on the path and gesturing to someone I couldn’t see – one of us was having hallucinations. I left him behind and ran on happy that only 15 km were left till the end.

The RZEŹNIK run itself has one extremely difficult element, which is running in teams of two. Although we are different, we will have to overcome the individual stages of the run together, at an equal pace, waiting for crises that will appear at completely different moments – nothing will be optimal.

When we enter the exhaustion zone preceding the depletion phase, our tolerance will fall to zero and we will have to accept our differences. An excess or insufficient sip of water will be a problem, our senses will sharpen beyond our known boundaries – an orange will lure with its scent from several metres, noisy supporters and, God forbid, children with plastic horns, will hurt us with stadium-like noise. The only goal will become survival and the possible completion of the run. Our I will shrink to very narrow proportions, to the very essence of who and what we are without everything else that civilisation has converted us into – this is something you won’t experience in everyday life. But it’s ok, these symptoms disappear just before the finishing line… and the threat can be hanging onto the memories for too long.

 

 

32. ONIRYCZNY MARATON ANDRZEJA / ENG: ANDRZEJ’S ONIRIC MARATHON

fot. tytułowe źródło: źródło – www.polskabiega.sport_.pl

Andrzej Tomek Rysiek
Andrzej Tomek Rysiek

[tekst: Andrzej Zwara ] Witam wszystkich serdecznie. Jestem po pierwszym w swoim życiu maratonie. Tomasz Tarnowski poprosił mnie o wzięcie w nim udziału twierdząc, że to element treningu przed Rzeźnikiem w Bieszczadach. Jestem po, mogę więc z czystym sumieniem podziękować kolegom z grupy biegowej za wsparcie, dobre, mądre, często przerażające rady i za zwykłą ludzką życzliwość. Moja świętej pamięci Babcia Agnieszka zawsze mawiała, że za życzliwość ludzką zawsze należy dziękować, bo to rzadki i niecodzienny dar od samego Boga.

Zawsze przy tym trzeba kogoś wyróżnić, dlatego szczególnie dziękuję koledze Wojtkowi Ratkowskiemu za kilka bezcennych, jak dziś uważam, uwag. Mam nadzieję Wojtku, że się spotkamy w sobotę u Tomka w domu (wreszcie będzie można napić się wina, z tym że ta uwaga dotyczy już wyłącznie mnie).

A teraz kilka słów o samym maratonie. Na pięć dni przed biegiem nie robiłem już żadnych ćwiczeń, nie podejmowałem zbędnych wysiłków. Piątek spędziłem w Krakowie z moim starszym synem. To był dzień Jego urodzin. Urodziny są ważne, są afirmacją istnienia jako takiego, a w tym przypadku – istnienia życia w postaci mojego Jacka. Oglądaliśmy obrazy w galerii w Sukiennicach, łaziliśmy po Plantach do pierwszej w nocy, piliśmy przez cały dzień potworne ilości zielonej herbaty i odwiedzaliśmy krakowskie antykwariaty i księgarnie. W środku dnia poszliśmy na sushi (syn uwielbia sushi). Jedliśmy dużo i obficie. Obawiam się, że otarliśmy się lekko o grzech obżarstwa, ale urodziny to urodziny. Następnego dnia, po powrocie do Warszawy, spotkanie z żoną i dwójką pozostałych dzieci. Poszliśmy z nimi na sushi (oni też lubią japońskie) i znowu skończyło się, z mojej strony, obżarstwem. Żona moja podejrzliwie zapytała, czy aby jest to zgodne z dietą maratończyka. Odpowiedziałem, że biegnę tylko przypadkowo, a nie dla przyjemności, i że prof. Wojciech Ratkowski na jednym, mądrym prawdopodobnie, wykładzie powiedział, żeby jeść co się lubi. Natomiast przez całą sobotę piłem zieloną herbatę oraz wodę z miodem i cytryną. Popołudnie spędziłem na Stadionie Narodowym, oglądając tłumy maratończyków oraz miejsce startu. Od razu powiem, że jestem tchórzem i panikarzem. Wpadłem więc natychmiast w depresję przedstartową, widząc tylu twardych, gniewnych i bojowo nastawionych ludzi. Jeden z nich zdradził mi, że interesuje Go tylko czas 3:20, a może jeszcze mniej. Wpadłem w przerażenie, czy Oni poczekają na mnie zanim ja raczę zakończyć bieg. I tylko przez głupią męską zawziętość i typowy dla faceta brak cywilnej odwagi, skłamałem bezczelnie, że i ja zainteresowany jestem czasem mnie satysfakcjonującym (nie podałem jakim, ale miną dałem do zrozumienia, że chodzi o czas krótki, bardzo krótki).

WP_20150301_005

W niedzielę 26 kwietnia, przepełniony strachem i płynami w organizmie, niechętnie udałem się na start. Ustawiłem się na 4:15, bo Tomasz powiedział, że tam jest moje miejsce. Obsesyjnie prześladowała mnie jedna myśl – nie dopuścić organizmu do tzw. ściany, czyli stanu wycieńczenia. Jestem człowiekiem, który ceni sobie wygodę, stan ciała i ducha zrównoważony (nie mylić z ideą zrównoważonego rozwoju). Ściśnięty strachem, ruszyłem do biegu. Zacząłem biec tempem, które znałem z naszych treningów, a które to dawało mi poczucie komfortu i przyjemności. I właściwie to już wszystko, co zapamiętałem z biegu. Cztery godziny upłynęły jak we śnie. Nie potrafię powiedzieć, jak i kiedy czas upłynął. Pamiętam, onirycznie, faceta wymiotującego pod drucianym ogrodzeniem – to było w okolicy ulicy Powsińskiej, człowieka leżącego w szczerym polu przy jakiejś szosie (obok stała karetka pogotowia) oraz małe dziecko  z transparentem: Kocham Tatę. Obudziłem się na jakimś moście z widokiem na Stadion Narodowy, z poczuciem, że mam sztywne uda i swędzi mnie w lewym boku. Poczułem zmęczenie, samotność i radość, że koniec już bliski. Ostatnie dwa kilometry były męczące i dłużyły się niemiłosiernie, słowem koszmar, brr… Szokiem dla mnie był moment, kiedy minęła mnie na ostatniej prostej, tej wzdłuż stadionu, babcia z niezwykle skupioną, powiedziałbym zawzięta, miną. Nie spotkałem jej już nigdy potem. Nie wiem zatem czy to był sen czy jawa. W każdym bądź razie nie miała miny dobrotliwej, jaką miewała moja świętej pamięci Babcia Agnieszka.

image1

Na zakończenie miła niespodzianka – na kilkaset metrów przed metą usłyszałem okrzyki. To były moje dzieci, żona, znajomi. Kiedy zobaczyłem ich uśmiechnięte twarze, poczułem się szczęśliwy i z godnością i obojętnym wyrazem twarzy przekroczyłem metę. Maraton stał się wyłącznie historią. Nic więcej nie pamiętam i nic już chyba nie ma sensu dodawać. Dziś bardziej rozumiem co znaczy fraza: samotność długodystansowca. Bieg to po prostu kwintesencja naszego życia, wszystko w pigułce.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali dobrym słowem i uśmiechem. Bez Was Drodzy projekt Tomka nie miałby żadnego sensu.  Andrzej Zwara


translation Anna Meysztowicz

ANDRZEJ’S ONIRIC MARATHON

[text: Andrzej Zwara ] Warm greetings everyone. I have completed my first ever marathon. Tomasz Tarnowski asked me to participate in it claiming that it was an element of training before Rzeźnik in the Bieszczady. I have completed it so I can, with a clear conscience, thank my friends from the running group for their support, for good, intelligent and often terrifying advice, and for their simple human goodwill. My dear departed Grandmother Agnieszka would say that one should always be thankful for human goodwill because it is a rare gift from God himself.

Someone always deserves to be singled out here, which is why I would particularly like to thank my friend Wojtek Ratkowski for some invaluable advice, as I realise today. I hope, Wojtek, that we can meet at Tomek’s house on Saturday (we can finally drink some wine, except that this only refers to me now).

And now a few words about the marathon itself. Five days before the run I stopped training, I did not undertake any physical efforts. I spent Friday in Kraków with my older son. It was his birthday. Birthdays are important, they are an affirmation of existence as such and, in this case – the existence of the life of my Jacek. We saw paintings at the gallery at the Cloth Hall (Sukiennice), walked the Planty until 1 am, drank incredible amounts of green tea during the day, and visited Kraków’s antique and book shops. In the middle of the day we went for sushi (my son loves sushi). We ate a lot and abundantly. I fear that we slightly sinned as concerns overeating, but birthdays are birthdays. The next day, after returning to Warsaw, a meeting with my wife and our two other children. We went with them for sushi (they also like Japanese food) and that once again culminated in overeating for me. My wife asked suspiciously if that is in line with a marathoner’s diet. I answered that I am only running by accident and not for pleasure, and that Professor Wojciech Ratkowski said during one, probably intelligent, lecture, to eat what one likes. However, for all of Saturday I drank green tea as well as water with honey and lemon. I spent the afternoon at the National Stadium, watching crowds of marathon runners and examining the starting line. I will tell you straight off that I am a wimp and scaremonger. So I immediately fell into a pre-start depression, seeing so many hard, angry and battle-ready people. One of them admitted to me that he was only interested in a time of 3:20 or even less. I became terrified, will they wait for me until I deign to finish the run? And it was only through stupid male obstinacy and the lack of civil courage typical for a man, that I insolently lied that I too am interested in a time that would satisfy me (I did not say what time, but made sure my facial expression showed that it was a short time, a very short time).

On Sunday 26 April, full of fear and liquid in my organism, I unwillingly approached the starting line. I was set on the time of 4:15, because Tomasz had said that that was my place. I obsessed over one thought incessantly – not to let my organism come against a so-called “wall”, i.e. burnout. I am a man who values comfort, a balanced state of body and spirit (not to be confused with the idea of sustainable development). Rigid with fear, I set off. I began to run at the tempo I knew from our training sessions and which gave me a feeling of comfort and pleasure. And that is basically all that I can remember from the run. Four hours passed as if in a dream. I cannot tell you how and when that time passed. I remember, onirically, a man throwing up under a wire fence – that was near Powsińska Street, a man lying in the middle of a field by some highway (an ambulance was parked next to him), and a small child with a banner: I love Dad. I woke up on some bridge with a view of the National Stadium with the feeling that my thighs are stiff and I have an itch in my left side. I felt tired, lonely and happy that the end was in sight. The last two kilometres were tiring and seemingly endless, a nightmare in a word, brr… I was shocked when, on the last leg of the marathon, the one along the stadium, I was overtaken by a grandmother with an unusually concentrated, I would say animal-like, expression on her face. I never saw her again. Thus I do not know whether or not this was a dream. In any case she did not have a benevolent expression, like my dear departed Grandma Agnieszka had.

At the end a pleasant surprise – a few hundred metres from the finishing line I heard shouts. Those were my children, wife and friends. When I saw their smiling faces I felt happy and, with dignity and an indifferent expression on my face, I crossed the finishing line. The marathon had become no more than history. I don’t remember anything more and there’s probably no point in adding anything here. Today I will better understand the meaning of the phrase: the loneliness of the long distance runner. The run is simply the quintessence of our life, everything summed up.

Thank you to everyone who supported me with a kind word and a smile. Without you, dear people, there would be no point to Tomek’s undertaking.